„Rycerz siedmiu królestw” – stare „dobre” czasy Westeros

Pierwsza książka jaką wypożyczyłem z Biblioteki Publicznej w Wołominie okazała się zacną pozycją. To dobry symptom na kolejne miesiące aktywnego czytelnictwa oraz niespodziewany powrót do świata lodu i ognia J.J. Martina.  „Rycerz siedmiu królestw” to 3 opowiadania, których bohaterami są sir Dunk -świeżo „auto-pasowany” rycerz oraz jego giermek Jajo.  Jeżeli w tym momencie poczuliście spięcie zwojów nerwowych w ramach stanu „zaraz…to brzmi znajomo” – trafiliście w „10”. To o tym młodym człowieku wspominał maester Aemon w trakcie ostatnich tygodni swojego życia. A sir Dunk to nie kto inny jak późniejszy Duncan Wysoki – Lord Dowódca Gwardii Królewskiej.

Był sobie rycerz i giermek

Książka składa się z 3 opowiadań, które zostały osadzone na kilkadziesiąt lat przed wydarzeniami z sagi. Dunka poznajemy w chwili kopania płytkiego grobu jego panu – wędrownemu, ubogiemu rycerzowi, który zostawił giermkowi niewiele dobytku, za to mnóstwo zasad rycerskiego obycia. Przez te właśnie zasady i mówiąc bez ogródek: raczej proste podejście do życia, nasz bohater wplątuje się w wydarzenia, które mają kluczowe znacznie dla dalszych dziejów siedmiu królestw. Dunk „tępy jak buzdygan” jest rycerzem nie tylko z nazwy. Nieudolnie, ale uczciwie i konsekwentnie poodchodzi do wyzwań, które stawia mu rzeczywistość. Tutaj dostrzec można wyraźny kontrast między jego osobą a postacią Jaja -wygadanego, inteligentnego, ale również zbyt pewnego siebie giermka, który tak naprawdę jest książęcym synem, w którego żyłach płynie „krew smoka”. Idealna para do generowania przygód, nieprawdaż?

Inny świat

Rzeczywistość widziana oczami prostego chłopaka, który z giermka staje się rycerzem wygląda trochę inaczej i… ciekawiej. Może to efekt zmęczenia Wielka GRĄ, ale z miłą chęcią poczytałbym więcej tego typu historii ludzi, których ambicje nie sięgają tronów/worków złota/ponętnych dziewcząt…ok, to ostatnie może nie do końca;). O ile sam poziom książki trudno nazwać wybitnym, odkrywczym, czy urzekającym o tyle sama koncepcja i inne podejście do uniwersum zasługuje na uwagę. Martin w swym głównym cyklu prowadzi nas przez proces niszczenia, degradacji i upadku. Kawałek po kawałku siedem królestw ogarnia chaos, wojna i zniszczenie. Nie będę rozwijał się w kwestii zgonów – sami wiecie jak to jest, a osoby które jakimś cudem nie czytały książek odsyłam do serialu – trzyma klimat tragicznych zejść. Trzeba jednak docenić świat sprzed Wielkiej Gry. Oczywiście mamy do czynienia z niegodziwością, głupotą i chciwością, ale w rozsądnych proporcjach okraszonych tłem zwyczajnego życia mieszkańców Westeros. Możemy tutaj poznać zwyczaje ślubne, spory sąsiedzkie, zatargi i obyczaje turniejowe a wielka polityka pojawia się epizodycznie i bez strat dla głównego wątku historii naszych bohaterów.

Docenić również należy humor Martina, który nie daje się wykazać w boju sir Dunstanowi. Często sprowadza oczekiwania czytelnika do parteru… razem z naszym głównym bohaterem. 😉

Moja ocena 4/5. Warto przeczytać czekając na następną część sagi, chociaż w moim przypadku znowu trzeba będzie zapoznać się z poprzedniczkami. Przyznaję, że nie mam zamiaru oglądać kolejnych sezonów serialu wydawanego przez HBO – w zasadzie obejrzałem tylko 3 odcinki z dotychczas wydanych i magia nie zadziała. Z drugiej strony funkcjonujemy w rzeczywistości eksperymentu: pierwszy raz jesteśmy świadkami swoistej zamiany – teraz będziemy czytać książki na podstawie serialu, hmm;)

 

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *